Bardzo zimna droga do marzeń

Dzisiaj po wielu latach rozmawiania ze swoim organizmem, któremu regularnie zimą zabieram strefę komfortu  wiem, że zimna nie należy się bać. Nie oznacza to, że nie należy się go całkowicie obawiać, jednakże dozowane w odpowiednich dawkach ma ono zbawienny wpływ na nasze życie fizyczne oraz psychiczne. To wiedza sprawia, że znika strach a zimno może fascynować, można je nawet pokochać. Coś, czego bałem się wcześniej dzisiaj chcę poznać, zgłębić i przekuć nie tylko w swoją siłę, lecz także w wiedzę, którą przekażę na szkoleniach. Po kilku projektach zimowych, które zrealizowałem wraz Valerjanem Romanovskim poczynając od komory minus pięćdziesiąt stopni w styczniu 2018 roku, poprzez ekstremalne morsowanie i komorę minus sto stopni dowiedziałem się, że organizm ludzki ma wielkie pokłady energii i jeszcze większe możliwości, które w nim drzemią. Czekają spokojnie do momentu aż zostaną wybudzone z letargu, aby w chwili zagrożenia życia przechylić szalę na naszą stronę. Nasz organizm został bowiem wyposażony przez naturę w szereg systemów, które pozwalają mu przetrwać w sytuacjach kryzysowych i awaryjnych. Zacznijmy jednak od początku.

Pierwsze spotkanie z zimnem

Na jednym z portali społecznościowych wśród znajomych zobaczyłem grupę ludzi zażywającą zimowych kąpieli w przeręblu. Wtedy jakby wszystko się zgadzało – uśmiechnięci ludzie w lodowatej wodzie, środek zimy, temperatura na pewno na minusie i niedaleko znany z dowcipów zakład dla obłąkanych. Coś mnie tknęło, pomyślałem wtedy, że jak oni mogą to ja też – w końcu nie są z tytanu, nie różnimy się od siebie aż tak bardzo. Odbyło się to bez większych przygotowań, po prostu pojechałem nad zalew w Morawicy wraz kolegą Piotrkiem, gdzie zadziałała siła tłumu i bez zastanowienia wskoczyłem do przerębla. Trudno opisać, co wtedy czułem – zimno jednak było tym, o czym najmniej wtedy myślałem. To było uderzenie tak olbrzymiej radości w zasadzie bez żadnego powodu, poddałem się temu wiedząc, że to nie będzie jedyny raz w lodowatej wodzie.

Z płycizny na głęboką wodę

Regularne spotkania z zimną wodą szybko uświadomiły mi, że mam predyspozycje do długiej ekspozycji organizmu na niskie temperatury. Z czasem mogłem w przeręblu siedzieć coraz dłużej i nie robiłem tego bynajmniej dla rekordów czy poklasku, lecz dlatego, że sprawiało mi to ogromną przyjemność. Zawsze jednak po zakończonej kąpieli towarzyszyło mi pytanie: a co jeśli posiedziałbym w przeręblu jeszcze 5, a może nawet i 10 minut dłużej? Długo się nie zastanawiałem nad odpowiedzią. Mój kompan Piotrek, z którym zacząłem tą niesamowitą przygodę razem ze mną pokonywał kolejne granice w długości morsowania. To był czas kiedy wiele osób patrzyło na nas mało przychylnym okiem, próbując zdławić naszą ciekawość o tym, jak zareaguje organizm, gdy spędzimy w zimnej wodzie 20, 30 i więcej minut. Z uporem maniaka tłumaczyli nam, że przecież tak nie wolno, przecież to niezdrowe, należy siedzieć 5-10 minut i tyle! Zero dyskusji, oni przecież morsują już kilka lat i wiedzą to najlepiej. Przeszukałem cały Internet, kontaktowałem się ze specjalistami od wychłodzenia, hipotermii, szukałem opracowań naukowych i nic nie znalazłem. Wszystkie mity oraz teorie powtarzane i powielane przez kolejne osoby sprawiły u mnie chęć zmiany tego myślenia, lecz nie teorią a praktyką. To wymagało wysiłku i wielu treningów podczas których pokonywałem własne słabości, ćwiczyłem ciało i umysł, z którymi nawiązałem nieznaną mi dotąd relację. Zacząłem słuchać swojego organizmu, on zaś odwdzięczył się dobrym zdrowiem, oraz mnóstwem energii.

Całkowite zaskoczenie

Oczekując, że każdy następny raz w zimnie będzie coraz trudniejszy, nie wziąłem pod uwagę, że regularne treningi zwiększają moje możliwości Zmiany jakie nastąpiły przez ostatnie cztery lata bardzo mnie zaskoczyły. W lato przestałem się obficie pocić, zaś w zimę odczuwałem radość z zimna, która wiązała się przede wszystkim z wymianą garderoby – przestałem ubierać się na cebulkę i nosić kilogramy warstw ubrań na sobie. Dzięki temu mój organizm każdej zimy zmuszony został do produkcji ciepła, bowiem odebrałem mu wspomnianą na początku strefę komfortu. Szybko zauważyłem, że moje ciało zaczyna w kontakcie z chłodem i zimnem natychmiast termoregulować, niejednokrotnie doprowadzając do nadprodukcji ciepła – i to bez żadnego wysiłku fizycznego, ot tak, po prostu. Wtedy pomyślałem, że chciałbym nie tylko rozwijać te umiejętności ale także zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

Jakucka zima w Krakowie

Kiedy spotykasz na swojej drodze ludzi, których fascynuje to samo zagadnienie, którzy zadają te same pytania może to oznaczać tylko jedno – rozwój. Tak na mojej drodze pojawiło się dwóch zafascynowanych zimnem ludzi z grupy VR (Romanovski Team) – Valerjan i Wawrzyniec, z którymi uczestniczyłem w 2018 roku w projekcie sportowo – survivalowym “Oswajamy Mróz”. Cała ekipa Survivaltech i chłopaki z Projektu VR dała się zamknąć w imię nauki i doświadczeń w komorze termoklimatycznej na Politechnice Krakowskiej w minus pięćdziesięciu stopniach.

Koledzy Survivaltechy ochoczo wchodzili do komory na 24h, aby zmierzyć się z zimnem. Każdy w innym stroju i z innym wyposażeniem starał się mierzyć przeszywającą niską temperaturą i hałasem, który generowany był przez chillery. Było tak głośno, że nie dało się normalnie rozmawiać – hałas był na poziomie 92dB. Każdy z nas dowiedział się o sobie i o sprzęcie, który miał ze sobą bardzo dużo. Pamiętam jak wtedy zaimponował mi Paweł Supernat, który przez dobę nic nie jadł. To wyzwanie na pewno dało mu nieźle w kość – jeszcze bardziej, niż innym. Postanowiłem więc też to sprawdzić i wskoczyłem z powrotem do komory na kolejne dwie doby – jedną także nic nie jedząc – jak Paweł. Mój szacunek do niego wzrósł kilkukrotnie po zrobieniu tego samego. Czym innym jest słuchać o takim wyczynie i się wymądrzać nie mając na ten temat żadnej wiedzy, a czym innym jest to po prostu zrobić. Aby ciało w niesprzyjających dla niego warunkach miało szansę generować potrzebne ilości ciepła, musi mieć skąd wziąć na to kalorie. Problem pojawia się kiedy ich po prostu nie ma, wtedy zaczyna się prawdziwa walka o absolutnie każdy stopień, który chce uciec z Twojego ciała. Przekonałem się, że warto było trenować i uczyć swój organizm jak przetrwać w takich sytuacjach, które przy mniejszej ilości szczęścia mogą doprowadzić do tragedii. Tak jak w pierwszej dobie wyzwania cały zestaw ubrań, który otrzymałem od Helikon-Tex po prostu dawał radę (mimo, iż nie był projektowany na tego typu temperatury) w dniu kiedy postanowiłem nic nie jeść było mi zwyczajnie zimno. Wtedy doceniłem jamę śnieżną, którą wykopaliśmy całym zespołem i w której były rewelacyjne warunki do przetrwania tego dnia, cisza, brak wiatru i tylko minus piętnaście stopni. Jak w hotelu. 60 centymetrów śniegu okazało się wspaniałym izolatorem. Była to dla mnie bardzo cenna lekcja.

W komorze generalnie rządziła nuda. Z Valerjanem Romanovskim zorganizowaliśmy więc atrakcje takie jak bitwa na lodowe śnieżki, zapasy, jazdę na rowerze i jogging w samych galotach wokół naszego obozowiska. Przygotowywaliśmy lodowe posiłki jedząc surowego jesiotra, słoninę, wołowinę i wiele innych rzeczy, których i tak nie byłem w stanie rozpoznać – w tej temperaturze nie ma po prostu zapachów i absolutnie wszystko smakuje tak samo. Mieliśmy też lody, które zrobiliśmy z jogurtów jakie otrzymaliśmy z naszego zaplecza logistycznego. W ostatniej dobie jedząc śniadanie gołymi dłońmi, zimno już nawet mi nie przeszkadzało. Zamiast się bardziej ubierać, zacząłem zmniejszać ilość warstw na sobie. O dziwo, organizm po kilku dobach zaadaptował się, czując się coraz lepiej w jakże podobnych do Jakuckich warunkach.

Przygodę z komorą zakończyłem biegiem w samych majtkach po komorze i wylaniem na siebie kubła lodowatej wody. Nie byłem sam, to samo zrobił Valerjan – człowiek, z którym dzisiaj mam szansę uczestniczyć w niezwykłych i wymagających projektach zimowych, rekordzista Guinnessa, specjalista od zadań arcytrudnych i wymagających przełamywania własnych słabości.

Minus pięćdziesiąt stopni to za mało

Telefon. Dzwoni Valerjan, w słuchawce słyszę – Witaj, mam pomysł – co robisz w przyszłą środę? Postanowiłem dać mu dokończyć, co ma do powiedzenia mimo, iż od pierwszych słów myślałem, – przekonałeś mnie. To trochę tak jak dwóch kumpli umawia się na wyjście na piwo, tylko, że wiesz, że tym razem będzie bardziej hardkorowo. I już nie możesz się doczekać.

Trafiliśmy do Buska Zdroju do sanatorium Włókniarz, które udostępniło nam komorę kriogeniczną. Chcieliśmy zobaczyć jak minus sto stopni wpłynie na nasz organizm, oczywiście przy dłuższej niż trzy minuty ekspozycji. I tak w komorze spędziliśmy półtorej godziny, po zakończonej próbie chcąc jeszcze więcej. Wszelkie nasze obawy nie spełniły się, za to zdobyliśmy kolejne doświadczenia. To, co miałem na sobie (zestaw ten sam co w komorze w Krakowie) przestało mieć jakiekolwiek znaczenie po trzydziestu minutach. Było zimno. Bardzo zimno. Valerjan generował olbrzymie ilości ciepła jadąc na rowerze stacjonarnym, ja natomiast wykonując bardzo ograniczone ruchy walczyłem o każdy stopień temperatury ciała. Pojawił się stres i walka, dlatego po chwili uspokoiłem myśli, wyrównałem oddech oraz pracę serca, zaczynając jedną z “tych rozmów” z moim ciałem. Skupiłem się na sobie i nawet nie wiem kiedy minęła godzina gdy zza komory usłyszeliśmy – “kończymy panowie”. Wszystkiemu bacznie przyglądał się lekarz oraz nasz koordynator – Wawrzyniec Kuc. To pobudziło mój apetyt na zimno, nawet nie liczyłem, że jeszcze kiedyś to powtórzę.

Długa ekspozycja na zimno i ekstremalny trening

Morawica, styczeń 2019 roku. Już na kilka dni przed wydarzeniem zaczyna dokuczać napięcie i niepokój, na zmianę pojawiają się radość i nerwy. Na zewnątrz klasyczna polska zima, minus 10 stopni Celsjusza. Podkładam całą noc do pieca w komórce aby woda w balii w której możemy się zregenerować między próbami była ciepła. Pod spadochronem, który miał swoje miejsce na zewnątrz i pod którym spędziłem noc przed treningiem paliło się małe ognisko. W środku miałem bardzo komfortowe warunki, około trzy stopnie Celsjusza. Następnego dnia, rano czekało na mnie wyzwanie, w którym zmierzyć się miałem z własnymi słabościami, wychłodzeniem i niepewnością. Cel był jasny – przez 12 godzin, cały czas w wodzie ma znajdować się jeden zawodnik – jest nas sześciu, czyli wejdę do wody 12 razy po 10 minut. Z doświadczenia wiem, że o wiele łatwiej jest wejść do wody i siedzieć w niej półtorej godziny, aniżeli systematycznie się wychładzać i ogrzewać. Wiedziałem, że czas podczas próby zrobi swoje tak samo jak brak jedzenia. Właśnie tak, tą próbę zamierzałem przejść bez jedzenia, sprawdzić swoje ciało i umysł, zobaczyć jakie są silne, kiedy nie ma kalorii i nie ma skąd ich wziąć do drżeń mięśniowych, które ratują nasze życie gdy temperatura spada. Już to znałem, lecz teraz moje ciało miało wychładzać się ponad 20 razy szybciej, niż w komorze bowiem lodowata woda odbiera ciepło ponad 25 razy szybciej, niż powietrze.

Poranek, adrenalina zaczęła buzować, a w głowie coraz częściej zaczęło pojawiać się pytanie – “po co ty to człowieku robisz”. Odpowiedzi jest wiele: to mnie fascynuje, wiem też, że jeśli chcę być autorytetem w jakiejś dziedzinie, muszę najpierw pokazać, że potrafię coś więcej niż większość ludzi, że zimno wcale nie jest takie złe. Przed treningiem zjadłem lekkie śniadanie, ponieważ mając ze stresu ściśnięty żołądek, nie mogłem nic więcej przełknąć. Z minuty na minutę coraz więcej ludzi zaczęło się krzątać wokół zalewu w Morawicy a ja czułem głęboko w kościach, że ten dzień będzie jednym z ciekawszych w moim życiu.

Czas próby, zaczęło się, Valerjan wszedł do przerębla jako pierwszy, zmiana nastąpiła po 10 minutach i wylądowałem tym samym na jego miejscu. Po mnie wchodzi jeszcze czterech zawodników i tak na zmianę przez dwanaście godzin. 50 minut czasu na ogrzanie się, regenerację sił i złapanie temperatury. Mój wybór, ze względu na wykonywany zawód, nieprzypadkowo padł na śpiwór i na ognisko. Po siedmiu wejściach do wody zaczęła gwałtownie spadać mi temperatura, ratownik, który był obok ostrzegł mnie, że nie wejdę więcej jak czegoś z tym nie zrobię. Organizm już nie miał kalorii na drżenia mięśniowe i nie miał skąd ich wziąć, zaczął dawać mi wyraźne sygnały, że słabnie, a przede mną było jeszcze 5 wejść. Podczas rąbania drewna na ognisko zaczęło mi się kręcić w głowie i na kilka dosłownie sekund straciłem przytomność. Wszystko zwolniło – to brak kalorii i przede wszystkim cukru. Hipoglikemia. Nie miałem już sił na nic. To był moment kiedy zdałem sobie sprawę, że muszę zmienić sposób regeneracji bo w ten sposób nie dokończę treningu pomyślnie i odpadnę z zespołu. Wybrałem balię z ciepłą wodą (około 35 stopni Celcjusza) i do końca dałem radę już bez większych przygód. Była radość, duma, zmęczenie i marzenie …. marzenie, aby kiedyś sięgnąć po rekord Guinnessa. Cóż, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nastąpi to za 10 miesięcy.

W międzyczasie, kończąc sezon zimowy na zalewie Zegrzyńskim, zorganizowaliśmy z Valerjanem mały event, bez wielkiej pompy, chcąc sprawdzić siebie. Pod okiem ratowników z Medyk Rescue Team przesiedzieliśmy w lodowatej wodzie po półtorej godziny, wychodząc z próby bez szwanku i jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Kolejna granica, kolejny udany trening był już za nami, a przed nami wielkie wyzwanie na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Powtórzmy minus sto stopni Celsjusza, tylko dłużej …

Zadanie miałem proste i nieskomplikowane. Valerjan ustanawiał nową kategorię rekordu Guinnessa w jeździe na rowerze przy minus stu stopniach Celsjusza. Potrzebował w komorze kriogenicznej osoby, która w razie nagłych i nieprzewidywalnych sytuacji mogłaby mu pomóc. Poza tym we dwóch zawsze raźniej, nie wspominając już o tym, że w tej próbie mieliśmy się sprawdzić jako mocny zespół, który się wspiera. Wcześniejsze nasze treningi zaowocowały poznaniem kolegi z zespołu na tyle, aby wiedzieć choćby nawet po oczach, że coś jest z nim nie tak. Nie mieliśmy pojęcia, czego mamy się spodziewać gdy minie granica półtorej godziny, którą już przecież znaliśmy z Buska Zdroju.

Targi Bike Expo, Stadion Narodowy w Warszawie, wielka mobilna komora kriogeniczna, a w środku my. Na zewnątrz czuwał cały zespół specjalistów, którzy mieli dbać o nasze bezpieczeństwo, sprawdzać i monitorować nasze parametry życiowe, nagrywać wydarzenie i nas wspierać. To było prawie dwadzieścia osób. My mieliśmy tylko przejść kilka kroków dalej, niż dotychczas. Przed wejściem do komory sprawdziliśmy kilkukrotnie nasze wyposażenie, ubrania, buty, które komponowaliśmy sami na tą okazję – nie ma bowiem na świecie producenta odzieży na tak skrajnie niskie temperatury. Należało się szybko ubrać aby przed wejściem do komory się nie spocić, nasze ciało nie zdołałoby przecież odparować wilgoci zgromadzonej na ubraniach i w kontakcie z tak niską temperaturą oznaczałoby to tylko jedno – wychłodzenie i w następstwie tego porażkę.

Wspominam pobyt na Narodowym bardzo dobrze: jesteśmy już w komorze. Jest minus sto stopni. Valerjan zaczyna kręcić na specjalnie przygotowanym do rekordu rowerze spiningowym, ja staję obok i obserwuję rozwój wydarzeń. Jest z nami himalaista i podróżnik Piotr Śliwiński, który nagrywa przy pomocy swoich kamer kilka ujęć – to jedyna nasza relacja z wewnątrz komory. Para wodna, którą generujemy powoduje, że na odległość ręki nic prawie nie widać. W pewnym momencie Valerjan zdejmuje rękawice z dłoni i informuje mnie, że jest mu za ciepło a nadprodukcję temperatury będzie odprowadzał przez dłonie. – Tego jeszcze nie grali – pomyślałem. To działa! Valerjan jadąc na rowerze generuje olbrzymie ilości ciepła, które musi gdzieś odprowadzać – tak dzieje się przez kolejne dwie godziny! bez rękawic, w minus stu stopniach! Moje stopy nie mogą powiedzieć tego samego. Buty, które przygotowałem na tą okazję nie dały rady w kontakcie z aluminiową podłogą komory, która w oszałamiającym tempie wyciąga ze mnie ciepło. Pomimo podeszwy grubej łącznie na 8,5 centymetra czuję jak z minuty na minutę tracę temperaturę. Próbuję się ratować stając na tym, co mam pod ręką, karton, rękawice – lecz to nic już nie pomaga. Ilość miejsca nie pozwala na wykonywanie ruchów, dzięki którym mógłbym się ogrzać. W komorze jest drugi rower, siadam na niego i okazuje się, że zamarzł, brak możliwości. Pojawia się stres. W interkomie Wawrzyniec woła do mnie, że czujnik temperatury w prawej nodze notuje minus sześćdziesiąt stopni, staram się sprawdzić czy mogę ruszać palcami i melduję w odpowiedzi, że jest ok. Pojawiają się na chwilę Marcin i Robert z Medyk Resue Team i wyprowadzają mnie do ciepłej części komory, gdzie jest minus siedemdziesiąt stopni oraz drugi rower. Wsiadam na niego kręcąc jak szalony aby podnieść temperaturę ciała i dodać sobie więcej motywacji. Po chwili dostaję zgodę na powrót do Valerjana, który na dzień dobry ten informuje mnie, że jest za ciepło. Krzyczy – obniżamy i po chwili na budziku jest już minus sto pięćdziesiąt stopni. Robię co mogę, walczę i w ten sposób mija kolejna szalona godzina. Dostaję jeszcze kilka ostrzeżeń od Wawrzyńca i ratowników medycznych i padają słowa “Piotr, ty już wychodzisz” – przez chwilę czuję złość, rozczarowanie, chcę więcej! Zdrowie jest jednak ważniejsze i muszę zrezygnować mimo, że umysł jeszcze daje radę. Łącznie wystałem w komorze sześć i pół godziny, Valerjan kręcił na rowerze chyba nawet z osiem. Czułem się przegrany, lecz i tak poszedłem o kilka kroków dalej, znów dowiadując się o sobie i swoim ciele tak dużo. Po próbie gratuluję Valerjanowi ciesząc się z jego sukcesu i będąc wdzięcznym, że mogłem w tym projekcie uczestniczyć.

Październik 2019, powalczmy o Guinnessa

Planowaliśmy to już od dawna. Nadarzyła się wspaniała okazja – Arek Walus, ten, który zaprosił nas na Bike Expo teraz zaprasza na kolejne, tym razem zimowe targi Snow Expo. Możemy ustanowić rekord Guinnessa w morsowaniu sztafetowym i zorganizować I Mistrzostwa Polski w Morsowaniu. To jest ta szansa na którą czekałem.

Mimo, iż to nie miało być moje pierwsze spotkanie z lodowatą wodą już na kilka dni przed rekordem czułem lekki niepokój w związku z wydarzeniem. To chyba normalne, gdy w obliczu wielkiego wyzwania w głowie kołacze się milion różnych myśli. Ważne jest, aby się temu nie poddać i skupić się na celu oraz jego realizacji. Wiedząc, że to początek sezonu i przygotowanie organizmu do wyzwania może nie być takie, jakie oczekiwałem, postanowiłem popracować nad głową, a dokładniej przygotowałam się psychicznie do rekordu. Nie od dzisiaj wiadomo, że wśród wybitnych sportowców niejednokrotnie ciało odmawia już posłuszeństwa, a dzięki głowie zachodzą bardzo daleko, realizując swoje marzenia o ponadprzeciętnych wynikach.

Do poprawy została jeszcze moja pięta achillesowa. Dłonie. W wytycznych do rekordu, dłonie muszą znajdować się pod wodą. Morsując zawsze w rękawiczkach lub z rękoma ponad taflą nie przyzwyczaiłem ich do kontaktu z lodowatą wodą. Na dwa tygodnie przed rekordem, codziennie, przed spaniem wkładałem dłonie do miski z lodem próbując wytrzymać jak najdłużej. Po dwóch tygodniach bez problemu mogę moczyć dłonie w lodzie nawet godzinę – już wiem, że dłonie nie przeszkodzą mi w realizacji moich zamierzeń.

26 października wraz kolegami przystępuję do rekordu. Pewny jestem jednego, że mam silny, niepowtarzalny i wspierający się zespół, który z byle powodu się nie podda. Mamy tylko powtórzyć trening ze stycznia, jest nas co prawda o jednego mniej lecz w aspekcie zmian sztafetowych w wodzie to tylko dwie minuty w każdym cyklu więcej. Nawet jeśli coś pójdzie nie po naszej myśli jestem przygotowany na to aby robić cykle nie po 12 a nawet po 24 minuty. Rozmawiałem o tym z Valerjanem niejednokrotnie.

Nadchodzi moment próby, wchodzę do lodowatej wody zmieniając poprzednika – nie czuję zimna, tylko emocje i olbrzymie ilości szczęścia wynikające ze zwiększonej ilości endorfin w organizmie. Po chwili w stopach czuję przeszywające zimno a w głowie pojawia się myśl, że chyba dziś nie będzie tak łatwo. Pierwsze 12 minut mija tak szybko, że nie zdążyłem nawet porządnie zmarznąć i już Mateusz wchodzi do wody. Wyszedłem myśląc sobie, że jestem dobrze przygotowany, zaskoczyła mnie jednak różnica temperatur powietrze – woda, to przy pierwszym wejściu dało mi mocno w kość. Czas pomiędzy wejściami mijał niezwykle szybko, ja natomiast z wejścia na wejście nie mogłem doczekać się już kolejnego spotkania z lodowatą wodą. Gdy od Tomka – naszego ratownika dowiedziałem się, że moja temperatura podczas próby rośnie i wychodzę z balii z temperaturą ciała wyższą aniżeli przed wejściem (w najlepszym momencie miałem temperaturę 37,8 st Celsjusza), wiem, że już tylko czas i zmęczenie może przerwać nasze próby. Czuję się doskonale, każdy z zespołu wykonuje swoją robotę bez mrugnięcia okiem – działa jak dobrze naoliwiona maszyna.

12 godzina. Ulgą kończę 12 wejście bo wiem, że cel minimum, który sobie założyłem został spełniony, teraz tylko pytanie – ile jeszcze godzin damy radę. Na dobrą sprawę gdyby nie Mistrzostwa Polski następnego dnia i fakt, że gramy tam pierwsze skrzypce siedzielibyśmy tam pewnie całą noc – były na to siły, chęci oraz spore pokłady energii. Tą próbę mogłoby szybciej zakończyć tylko kilka sytuacji: odebranie nam jedzenia – już wiem, jakie to ma skutki, zmniejszenie długości przerw pomiędzy cyklami na regenerację i siedzenie w wodzie po 20-30 minut w cyklu. To mogłoby nas dobić. Jednakże już po chwili po moim wyjściu z lodowatej wody pojawia się przy mnie nasz głos rozsądku – Wawrzyniec, przekonując mnie, że kończymy, że jutro musimy być w pełni sił liderami – pomimo tego, że chcemy więcej podejmujemy decyzję – dość. Pozostał pewien niedosyt. Czy przyszło nam to zbyt łatwo? A może my byliśmy doskonale przygotowani? Teraz już nie ma to znaczenia, ważne, że się nie poddajemy i mogę zapewnić, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.

Grudzień 2019, zwyczajny – niezwyczajny trening w Andorze

To miał być ostatni test dla naszego zespołu przed wyjazdem do najzimniejszego miejsca na ziemi – Jakucji w styczniu 2020r. Zaproszony przez firmę Infoski.pl do Andorry lecę aby zrobić rekonesans przed treningiem a Valerjan …. jedzie na rowerze, 2500 km, samotnie, śpiąc na przystankach, w rowach, lasach i opuszczonych domach. W zimę, bez ciepłej wody, ciepłego jedzenia, bez ogniska – gdy zadaję mu pytanie dlaczego taki system przyjął? – szkoda czasu, odpowiada mi bez zastanowienia! – czy wspominałem już, że jest to facet od zadań arcytrudnych, który swoimi czynami inspiruje do większego wysiłku i łamania swojej strefy komfortu?

Przed przyjazdem Valerjana do Canillo wychodzę w góry Andorry. Pierwszy dzień jest ciepły i słoneczny, nic nie zwiastuje przygód przez najbliższe dwa dni … Wspinam się na wysokość 2548m gdzie odwiedzam szczyt Pic De La Torradella i wędruję sobie po Pirenejach kończąc wędrówkę na 34 kilometrze na szlaku GRP. Po znalezieniu miejsca na nocleg zrobiłem jednospadowe schronienie z poncho od Helikon-Tex oraz warstwy gałęzi jako legowisko. Słońce zachodzi szybko a temperatura spada do 5 stopni. Nagle wszystko się zmienia, zaczyna szaleć wiatr i w ciągu dwóch najbliższych godzin pojawia się śnieg. Jako śpiwór mam … letni koc wełniany od Marcina Nastuli z Chmura Manufaktura, w którym spędziłem dwie kolejne noce, ciesząc się, że jestem naprawdę dobrze przygotowany kondycyjnie i termoregulacyjnie. Cóż, nie były to najcieplejsze noce w moim życiu aczkolwiek doceniłem wełnę z której jest wykonany koc przygotowany specjalnie dla mnie przez Marcina. Drugiej nocy napadało tyle śniegu, że nie mogłem się spod niego wygrzebać i znalazłem się jakby w innym miejscu na ziemi. Termometr wskazywał już minus sześć stopni a śnieg dalej nie odpuszczał i padał, i padał, i padał. Moje zaplanowane 30 km dziennie było już wielkim wyzwaniem, tym bardziej, że okrężną drogą w śniegu po kolana, kierowałem się do Canillo aby przywitać Valerjana po wyczerpującej podróży. W ciągu trzech dni zrobiłem ponad 60km w wysokich górach aby powrócić do hotelu i zaplanować kolejne dni w Andorze – tym razem już z Valerjanem.

Przez najbliższe kilka dni krzątaliśmy się po Pirenejach z Valerjanem, śpiąc w górach na wysokościach ponad 2500m, i żując suszoną wołowinę, która przygotowałem specjalnie na ten wyjazd. Zrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów, schodziliśmy codziennie do Canillo, morsowaliśmy z uczestnikami Polskich Dni w Andorze i tak w kółko przez sześć dni. Śnieg w górach dalej nie odpuszczał a my wspinaliśmy z dnia na dzień się na wyżyny naszego przygotowania fizycznego i psychicznego przed wyjazdem do Jakucji. Wyjazd zakończyliśmy kilkukilometrowym marszem bez koszulek do wodospadu pod Canillo w temperaturze 2st C, ponieważ ktoś wpadł na pomysł aby złożyć basen z lodowatą wodą pod hotelem …

Przed naszym zespołem egzamin. Valerjan przejedzie samotnie na rowerze najtrudniejszą drogę zimową na ziemi – 1000km z Jakucka do Ojmiakonu. Będziemy tam razem jako zespół. Ja, Valerjan, Wawrzyniec i trójka najlepszych ratowników jakich znam – Marcin, Tomek i Gosia z Medyk Rescue Team. Każdy z nas ma swoje cele i zadanie w zespole. Ja, podróżując niedaleko od Valerjana na piechotę stanowić będę bezpośrednie jego wsparcie. Trzy tygodnie na zimnie, w minus pięćdziesięciu stopniach, bez ciepłego jedzenia i picia … sprawdzimy czy przez ostatnie dwa lata dobrze odrobiliśmy pracę domową.

KIedyś znalazłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i zdałem sobie sprawę, że to nie marzenia się spełniają – je się po prostu spełnia. Jest jeszcze jedno …. zamorsować w najzimniejszym miejscu na ziemi. Czy tego dokonamy?

Trzymajcie kciuki. Piotrek

Wszystkie nasze wyczyny dedykujemy tym, którzy na co dzień zmagają się z chorobą i toczą trudniejszą od nas walkę – podopiecznym Fundacji DKMS

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *